poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Weekend w Wielkopolsce

Strzelam, że ogromna większość z was czytających zna mnie osobiście: z pracy, z zajęć ratownictwa, jesteście moimi znajomymi z dzieciństwa jak i z czasów studiów :). Chce przez to powiedzieć, że nie wszyscy wiedzą co mi w duszy gra. Na co dzień spokojny (mam nadzieje) informatyk, który co jakiś czas zapala się  na wycieczki na motocyklach tak naprawdę jest w nich zatopiony po uszy. Jak się okazało zostałem przejrzany przez Kingę, skutkowało to dość spontanicznym wyjazdem na "długi weekend" - "gdzieś". Jako, że już mi się nie chciało obmyślać całej strategii pozostawiłem to w rączkach Kingi (co było świetnym posunięciem).
To właśnie jej pomysłem było udanie się  na zachód polski w krainę mniej obfitującą w ludzi niż Mazury, morze czy góry.

Trasa jaką zrobiliśmy to ok 1000 km więc "znośnie" jak na 2 dni.

Dzień 1.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo nienawidzę spóźnialskich. W sobotę niestety to ja się spóźniłem o ok 30 min (poranne pakowanie, pętle indukcyjne na światłach czy lekkie korki). Jednak udało mi się dotrzeć do Błonia. Po 20 min ruszyliśmy w nieznane - kierunek zachód.
Sobotnia pogoda w sumie nas rozpieszczała ponieważ porządnie padało tylko 1 raz - musieliśmy przystanąć na przystanku autobusowym coby Kinga mogła się odpowiednio do aury ubrać.


Temat trochę nietrafiony był bo pomimo dość silnego deszczu jezdnia po 2 km była sucha jak pieprz.
Pozostałe opady były mizerne a moje ubranko po "zmoczeniu" schło w 15-20 min jazdy wiec warunki mocno sprzyjające.

Pierwszy przystanek to: Kruszwica.
Znaleźliśmy na "Mysiej wierzy" - tak tak w tej wieszy myszy Popiela wciagneły w małe noski :D taką oto flage:


O ile to na górze jest herbem Kruszwicy o tyle zestawienie kolorystyczne reszty flagi mi "tak sobie pasuje". Wyszukując w internetach danych "flaga Kruszwica" natrafiłem na zdjęcia iż to nie mój aparat przekłamuje i ta flaga nie wypłowiała tylko jest zielona - ktoś mi wyjaśni o co kaman ?


Po zwiedzaniu wierzy kierunek "Biskupin". Każdy tam chyba był jako dziecko - i myślę ze dla takiego widza właśnie on się nadaje najlepiej - u mnie efektu "WOW" nie było :(
Jedyne co mnie urzekło to:


Nie wiem co autor tablicy miał na myśli? Krwiożercze pociągi wyskakujące z szyn i duszące turystów ?

Po zwiedzaniu nastała bardzo dogodna godzina coby zacząć polować na jakieś jedzenie. Kolega Andrzej który był akurat na miejscu polecił nam knajpkę w Marcinkowie Górnym.
Dojechawszy na miejsce dowiedzieliśmy się, że będzie wesele i kuchnia ma trochę zajęć z tym związanych. Natomiast jeśli nie będziemy wybrzydzać to mogą nam podać roladki z kurzyny wraz z serem pleśniowym i do tego ziemniaczki i bukiet sałatek - uwierzcie nie wybrzydzaliśmy :) Jedzenie WYPAS - polecam to miejsce :)
A w oczekiwaniu (no może 5 min) na jedzonko:


Szybki wypad dalej coby zobaczyć gnieźnieńską katedrę i jej sławne drzwi:


I szybka ewakuacja na miejsce snu do rodzinki Kingi :)

Dzień 2.
Tutaj pogoda to już nas rozpieszczała na maxa. Słoneczko w mare ciepło i absolutny brak mokrych elementów lecących  z wektorem skierowanym z tego niebieskiego w naszą stronę.

Przystanek 1 "Para buch - koła w ruch"
Wolsztyn i jego parowozownia.
O ile nie jestem jakimś mega świrem na punkcie kolei jakoś do tego typu pojazdów szynowych mnie ciągnie - może dlatego ze dziadek takimi pomykał ?
Bardzo polecam się tam udać i pooglądać eksponaty - myślę że każdy znajdzie tu coś dla siebie.


Wielkość niektórych jednostek robi wrażenie. Mój motocykl "mały nie jest" ale jak widać efekt skali robi swoje :)

Przystanek 2 "Ko ko - Kórnik spoko"
Zamek w Kórniku nie zrobił na nas jakiegoś dużego wrażenia wiec po pamiątkowej fotografi ruszyliśmy dalej szukać czegoś zapierającego dech w piersiach.


Przystanek 3 "O rzesz ty w dzioba kopany"
Gołuchów - niewielkie miasteczko na południowy wschód od Wrześni.
Absolutnie przepiękny zamek, który wraz z kompleksem "zielonym" tworzacym ogród botaniczny robi ogromne wrażenie.


Na około zamku znajduje się 22 ha terenów zielonych które są w wręcz absurdalny sposób zadbane.
Trawa przykoszona, każde drzewko z tabliczką informującą co to jest i jak się nazywa po łacinie.
Warszawskie łazienki wyglądają przy tym parku jak "ubogi krewny" - "must see" jak będziecie w tamtych rejonach.

Żal opuszczać tak bajkowe miejsce - godzina była już późna, wiec szybki powrót do Warszawy (autostradą na której zdarzały się postoje przy prędkościach 100 km/h :)

Całość zdjęć oczywiście jak zawsze TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz