niedziela, 19 października 2014

Ostatni wypad 2014 ?

Jesień już w pełni :) Niestety zimny podmuch zimy mogę już wyczuć na plecach. Kożystając z ostatniego (lub jednego z ostatnich) dnia w który moża w sposób bezpieczny i komfortowy przedmuchać maszyne.

Postanowiłem pojechać standardową drogą czyli WAW - Leszno - Nowy Dwór - WAW.
Oczywiście jak zawsze musiałem coś pozmieniać :P


Droga była na tyle kręta, ze nie pojechałem zgodnie z założeniem.
Zboczyłem do Palmirów - chciałem w ciszy i spokoju posiedzieć i pomyśleć - po dotarciu stwierdziłem ze ilość ludzi jest porównywała z ilością w centrach handlowych na wyprzedażach wiec się szybko ewakuowałem z tego miejsca.


W drodze do Palmirów napotkałem na ładna i ciekawą "drogę krzyżową"


Motocykli dzisiaj na drodze spotkałem sporo - nie tak dużo jak w wakacje, ale naprawdę kto mógł to chyba ruszył się na wycieczkę :).

Raport z dnia 10.10.2014 - przejechane 93 km z średnia prędkość to marne 43 km/h, ale okoliczności przyrody były tak piękne ze szybciej się nie dało :)

Myślę ze to jedna z ostatnich przejażdżek w tym roku,
Teraz trzeba powolutku wdrażać plan zimowy (ciut poprzerabiać motocykl).
Moooooooże ale to może pojadę na Moto Mikołajki :D - się zobaczy co dzień przyniesie :)

środa, 3 września 2014

22-24.08 2014 - Jaja na wypadzie

Zlot GSXF.PL.
Zlot na którym byłem już nie motocyklem Suzuki aczkolwiek Yamaha.W tym roku znowu odbył się nad jeziorem Chańcza. Zlot na którym musiałem być ponieważ jest on organizowany także dla Marcina ...
W piątek nie daliśmy rade z Ogórkiem już dojechać do chłopaków ponieważ każdy miał swoje zajęcia wieczorem - plan - wyjazd o 6 rano :)
Spotkaliśmy się o 6:15 na stacji Orlenu aby ruszyć w drogę, drogę spokojną bez wariactw tak aby szczęśliwie dojechać. Na miejscu byliśmy ok 11. I tutaj pierwsze zderzenie się z rzeczywistością - koledzy wstawali i nie do konca byli gotowi do jazdy po integracji :) mogliśmy wyjechać o 10 i tez byłoby fajnie :).



Ok 15 wybraliśmy się do Marcina.






Przyszedł czas na refleksje i na wspomnienia... niestety nie wszystkie były one pozytywne.

Szybka wycieczka na regeneracyjny obiad.



I tutaj rozdzieliliśmy się na 2 grupy: Gr1 poleciała na pole namiotowe organizować ognisko Gr2 poleciała zwiedzać. Ja jako że nie byłem rok temu chciałem coś zobaczyć wiec byłem prowodyrem grupy nr 2.

Na pierwszy ogień poleciał zamek Krzyż Topór





Świetny zamek wraz z niezwykłą historią. Jako że można było wchodzić w różne zakamarki postanowiliśmy zwiedzić go dość dokładnie. 2h zajęło nam pochodzenie po tych ruinach (bardzo polecam jak ktoś będzie w okolicy tego zabytku.).
Jako że godzina była młoda postanowiliśmy podskoczyć jeszcze gdzieś. telefon podpowiedział "Pacanów"
Długo sie nie zastanawiając pojechaliśmy szukać tego co kozy podkuwa





Po czym zaczęliśmy się kierować w kierunku ogniska i naszej kolacji :)




Następny dzień był pod wezwaniem takij oto maszyny :)


...i każdy powolutku uruchamiał swojego rumaka aby wracać do domku.



RAV (jeden z kolegów którzy byli na zlocie od początku) - jego opis miażdży system wiec postanowiłem wkkleić :D

Mianowicie ....

Zlot GSXF.pl to jakaś totalna porażka :/ kibel jakich mało, ale po kolei.

Miejscówka zlotu to jakaś dziura na mapie Polski, która przyciąga samych posrańców, typu zeszłoroczna Doktorowa czy tegoroczny młodociany nawąchany samuraj z maczetą i małym ptokiem :paluj: i o dziwo parkują swoje turbo kampery w tym samym miejscu. Drewno na ognisko, za jakieś horrendalne pieniądze okazało się tak mało kaloryczne, że kilka osób zdążyło przy nim zasnąć zanim zrobiło się cieplej. Coca cola na popitkę za sprawą świętego Mikołaja na urlopie nagle zmieniła się w Pepsi. Na samym polu namiotowym zamiast lodówki dostaliśmy jebniętą w krzaki pralkę ... na chu..j nam pralka skoro gorzołka ciepła, przecież od wirowania się nie schłodzi. Dobrze, że Michus wykopał w ziemi dołek w którym można było te flaszki lekko schłodzić. Zlot miał być, cytuję "Jaja na wypadzie" a towarzystwo poprzyjeżdżało jakimiś gsxr'ami, imbrykami, 650'tką i USS Indianapolis w wersji świecącej bożonarodzeniowej chionki :idontknow: A towarzystwo .... no to już był zlepek indywiduów .... jak babcie kochom ..... jedni gadają drudzy godojom ...... i nikt bez 50ml dobrze schłodzonej substancji nie kuma o co biega, więc od rana trzeba było pić by zrozumieć co to te "koncki". Ragor jak się do wódki przysiadł i walił kielich za kielichem to myślałem ze dla innych zabraknie i będą chlipać wodę z jeziora, drugi aparat - Woźny - jak zgłodniał to w knajpie opierdzielił tyle żarcia :hungry: , że dla biednego skacowanego Ragora zabrakło filetów z pierogów i musieli mu przez godzinę kleić nowe, już myślałem że kelnerkę też pożre, "lewy" - nie zabrał ze sobą elektrycznej pompki do karimaty, przez co narażając własne życie musiałem od ostatniego samuraja alias "maczeta" pożyczyć ręczną i dymać materac siłą własnych wątłych mięśni. Był i rumcajs co po zgoleniu brody w ogóle rumcajsa nie przypominał, ino z "godki" powodował salwy radości wśród zebranej gawiedzi, "kamerzysta" - przyjechał na jeden dzień z noclegiem a nagrał 19 sekund filmu, "paparazzi" tak się zakręcił z tymi zdjęciami, że niektóre musiał trzaskać po kilka razy by coś było widać, a jakiś kretyn znów pół nocy puszczał "niebieskooką" :gitara: ch...j wie po co, jak chwilę wcześniej leciał Sabaton, Ironi, czy Metallica ... no baran no. Kwintesencją całego wyjazdu był powrót. Nosz kur....wa, tak zapierda..liśmy pod przewodnictwem kapitana okrętu flagowego marynarki wojennej USS Indianapolis, że już pod Warszawą Ogórek musiał zasabotować swój motocykl jak się zorientował, że tak szybko w domu będzie .... no przecież żona to by go zjadła żywcem jak by tak wcześnie wrócił. Na szczęście z ogórkowej 650'tki wyleciał zbędny balast w postaci alarmu i można było zapierdzielać dalej. 340km na jednym zbiorniku i jeszcze parę kropelek benzyny mam .... dawno nie miałem takiego wyniku i już myślałem że coś się spierdzieliło :)

No i na koniec Pan organizator :megafon: - Marcin, SCHmarcin, czy MarcinSCH, Shummi, Schumaher, no ten co po korytarzach szkolnych popierdzielał niczym przecinak - no qrwa chłopie jak zrobisz jeszcze taki zlot :nono: to wiedz, że znów na nim będę :eye: .......... tylko ławki załatw z oparciami bo z tych to się można nieźle spierdzielić na plecy :lol:
O nieobecnych pisał nie będę, ale Abek jak Cię dorwę to ci z D... jesień średniowiecza zrobię:paluj:



Zdjęcia moje jak i Ogórka możecie znaleźć TUTAJ

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Weekend w Wielkopolsce

Strzelam, że ogromna większość z was czytających zna mnie osobiście: z pracy, z zajęć ratownictwa, jesteście moimi znajomymi z dzieciństwa jak i z czasów studiów :). Chce przez to powiedzieć, że nie wszyscy wiedzą co mi w duszy gra. Na co dzień spokojny (mam nadzieje) informatyk, który co jakiś czas zapala się  na wycieczki na motocyklach tak naprawdę jest w nich zatopiony po uszy. Jak się okazało zostałem przejrzany przez Kingę, skutkowało to dość spontanicznym wyjazdem na "długi weekend" - "gdzieś". Jako, że już mi się nie chciało obmyślać całej strategii pozostawiłem to w rączkach Kingi (co było świetnym posunięciem).
To właśnie jej pomysłem było udanie się  na zachód polski w krainę mniej obfitującą w ludzi niż Mazury, morze czy góry.

Trasa jaką zrobiliśmy to ok 1000 km więc "znośnie" jak na 2 dni.

Dzień 1.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo nienawidzę spóźnialskich. W sobotę niestety to ja się spóźniłem o ok 30 min (poranne pakowanie, pętle indukcyjne na światłach czy lekkie korki). Jednak udało mi się dotrzeć do Błonia. Po 20 min ruszyliśmy w nieznane - kierunek zachód.
Sobotnia pogoda w sumie nas rozpieszczała ponieważ porządnie padało tylko 1 raz - musieliśmy przystanąć na przystanku autobusowym coby Kinga mogła się odpowiednio do aury ubrać.


Temat trochę nietrafiony był bo pomimo dość silnego deszczu jezdnia po 2 km była sucha jak pieprz.
Pozostałe opady były mizerne a moje ubranko po "zmoczeniu" schło w 15-20 min jazdy wiec warunki mocno sprzyjające.

Pierwszy przystanek to: Kruszwica.
Znaleźliśmy na "Mysiej wierzy" - tak tak w tej wieszy myszy Popiela wciagneły w małe noski :D taką oto flage:


O ile to na górze jest herbem Kruszwicy o tyle zestawienie kolorystyczne reszty flagi mi "tak sobie pasuje". Wyszukując w internetach danych "flaga Kruszwica" natrafiłem na zdjęcia iż to nie mój aparat przekłamuje i ta flaga nie wypłowiała tylko jest zielona - ktoś mi wyjaśni o co kaman ?


Po zwiedzaniu wierzy kierunek "Biskupin". Każdy tam chyba był jako dziecko - i myślę ze dla takiego widza właśnie on się nadaje najlepiej - u mnie efektu "WOW" nie było :(
Jedyne co mnie urzekło to:


Nie wiem co autor tablicy miał na myśli? Krwiożercze pociągi wyskakujące z szyn i duszące turystów ?

Po zwiedzaniu nastała bardzo dogodna godzina coby zacząć polować na jakieś jedzenie. Kolega Andrzej który był akurat na miejscu polecił nam knajpkę w Marcinkowie Górnym.
Dojechawszy na miejsce dowiedzieliśmy się, że będzie wesele i kuchnia ma trochę zajęć z tym związanych. Natomiast jeśli nie będziemy wybrzydzać to mogą nam podać roladki z kurzyny wraz z serem pleśniowym i do tego ziemniaczki i bukiet sałatek - uwierzcie nie wybrzydzaliśmy :) Jedzenie WYPAS - polecam to miejsce :)
A w oczekiwaniu (no może 5 min) na jedzonko:


Szybki wypad dalej coby zobaczyć gnieźnieńską katedrę i jej sławne drzwi:


I szybka ewakuacja na miejsce snu do rodzinki Kingi :)

Dzień 2.
Tutaj pogoda to już nas rozpieszczała na maxa. Słoneczko w mare ciepło i absolutny brak mokrych elementów lecących  z wektorem skierowanym z tego niebieskiego w naszą stronę.

Przystanek 1 "Para buch - koła w ruch"
Wolsztyn i jego parowozownia.
O ile nie jestem jakimś mega świrem na punkcie kolei jakoś do tego typu pojazdów szynowych mnie ciągnie - może dlatego ze dziadek takimi pomykał ?
Bardzo polecam się tam udać i pooglądać eksponaty - myślę że każdy znajdzie tu coś dla siebie.


Wielkość niektórych jednostek robi wrażenie. Mój motocykl "mały nie jest" ale jak widać efekt skali robi swoje :)

Przystanek 2 "Ko ko - Kórnik spoko"
Zamek w Kórniku nie zrobił na nas jakiegoś dużego wrażenia wiec po pamiątkowej fotografi ruszyliśmy dalej szukać czegoś zapierającego dech w piersiach.


Przystanek 3 "O rzesz ty w dzioba kopany"
Gołuchów - niewielkie miasteczko na południowy wschód od Wrześni.
Absolutnie przepiękny zamek, który wraz z kompleksem "zielonym" tworzacym ogród botaniczny robi ogromne wrażenie.


Na około zamku znajduje się 22 ha terenów zielonych które są w wręcz absurdalny sposób zadbane.
Trawa przykoszona, każde drzewko z tabliczką informującą co to jest i jak się nazywa po łacinie.
Warszawskie łazienki wyglądają przy tym parku jak "ubogi krewny" - "must see" jak będziecie w tamtych rejonach.

Żal opuszczać tak bajkowe miejsce - godzina była już późna, wiec szybki powrót do Warszawy (autostradą na której zdarzały się postoje przy prędkościach 100 km/h :)

Całość zdjęć oczywiście jak zawsze TUTAJ

wtorek, 5 sierpnia 2014

3.08.14 - Drohiczyn i pierwsze spotkania z Bugiem

Majkel wymyślił aby wybrać się gdzieś na moto w niedziele.
Jako że lubię jeździć a wschód od Warszawy jest mi praktycznie nieznany to na hasło Drohiczyn zgodziłem się bez większego namawiania :)
Wycieczka bardzo kameralna Orion, Majkel i Ja.

Trasa spokojna ale nie pozbawiona zakrętów, małych miejscowości czy innych normalnych "udziwnień"


W tamtą stronę jechaliśmy przez Liw i Wyszków (całej trasy nie podam bo TomTom z ustawioną opcja "kręte drogi" zrobił swoje - odcinek 30 km w linii prostej okazał się zapewne odcinkiem 60 km :D

Po dojechaniu do celu wypiliśmy "Kole" (taka prawdziwa z koncentratu mieszana z wodą - a nie jakiś kupny bullshit) i udaliśmy się na wycieczkę stateczkiem po Bug'u. Wycieczka krótka ale fajna bo można było zobaczyć z 2 czy 3 zakręty tejże rzeki :)



Nasz armator pływał takim cudem:


Potem szybki obiad w Starej Baśni i szybki powrot do domku,



W drodze powrotnej musiałem zatankować - koncernów naftowych typu Orlen czy Shell próżno szukać wiec zatrzymaliśmy się na prywatnej stacji. Zatankowałem pod korek i poszedłem zapłacić. Nawet nie wiecie jak trudno jest zapłacić rachunek na ok 110 PLN mając 40 PLN w portfelu. Mam karty ale oczywiscie nie zauważyłem tablic metr na pół metra z informacją "Cash only". Dzięki Bogu Majkel poratował mnie drobnymi bo do dzisiaj bym talerze zmywał na tej stacji :P

Tutaj ostrzeżenie dla wszystkich jadących na wschód - zabierajcie żywą gotówkę bo może być "tak sobie" przy płaceniu :D.
Powrocik przebiegł juz lajtowo :) wróciwszy przez Górę Kalwarię udałem sie w kierunku domku.

Podsumowanie:
Przez ok 5h przejechałem 388 km tempem spacerowym, zobaczyłem wschód polski który przypadł mi do gustu (na bank tam wrócę), nauczyłem się ze karta kredytowa nie ratuje życia :P, oraz przetestowałem nawigacje motocyklowa Tomtom Urban Rider 3 którą mogę śmiało polecić każdej osobie która jeździ na o2o.

Ciekawe gdzie będzie kolejna wycieczka mnie prowadzić - Majkel - jakieś sugestie ?